Ucieczka do Wielkiej Brytanii przed oskładkowaniem śmieciówek

Zapowiedziana przez rząd walka z umowami śmieciowymi i przecieki na temat oskładkowania umów o dzieło odbierze dużej grupie Polaków część dochodów. Aby nasze pieniądze nie trafiły do ZUS a zarobki pozostały na podobnym poziomie, będziemy musieli poznać to, co od lat robią najbogatsi – przeprowadzić optymalizację podatkową. Większość osób dotkniętych zmianami ucieknie na Wyspy. Jak?

"Śmieciówki to praca odarta z godności i poczucia bezpieczeństwa na przyszłość" – obwieścił Donald Tusk przedstawiając swój plan walki z zatrudnianiem na umowy cywilno-prawne. Według doniesień "Rzeczpospolitej" stracić ma też ok. 400 tys. osób pracujących na podstawie umowy o dzieło.

Małgorzata Kidawa-Błońska, rzecznik rządu, mówiła w "Bez autoryzacji", że część możliwości zatrudnienia na podstawie umów cywilno-prawnych zostanie, trudno jednak uwierzyć w te zapewnienia znając potrzeby budżetu.


    Małgorzata Kidawa-Błońska
    rzecznik rządu

    Są różne umowy zlecenia i o dzieło. Chodzi o to, żeby tam gdzie te umowy o dzieło są i spełniają swoją rolę, one zostały zachowane. Ale umowy zlecenia nie powinny być wykorzystywane wtedy, kiedy zakład pracy powinien taką osobę zatrudnić. Chcemy, by ci ludzie mieli gwarancje, więc to wszystko będzie dokładnie przejrzane, aby nikt nie stracił pracy, a jednak te osoby miały poczucie bezpieczeństwa.
CZYTAJ WIĘCEJ

 

Źródło: www.regiopraca.pl



Podniesienie obciążeń dla pracowników jest nieuniknione, bo chociaż nie ma już "chytrego Jacka z Londynu", to rząd nadal potrzebuje pieniędzy. A jak przeanalizował Tomasz Machała nie potrzebuje już tak bardzo głosów ludzi, którzy zapłacą wyższe podatki i stracą część zarobków przez oskładkowanie. Zgodnie z krzywą Laffera, która pokazuje zależność między wysokością wpływów podatkowych a stawką podatku, jeśli rząd zwiększy obciążenia, wcale nie zarobi więcej.

– Chytry zawsze traci dwa razy, więc Polska straci rzesze podatników – ocenia Przemysław Wipler z Polski Razem Jarosława Gowina. – Naprawdę chciałbym, żeby ludzie płacili podatki w Polsce, ale musimy im na to pozwolić. A to co zapowiada rząd, to po prostu kradzież. Proszę spojrzeć na Węgry, gdzie obniżono CIT i ten kraj jako raj podatkowy konkuruje dzisiaj z Cyprem – dodaje.

Poza ostrym politycznym komentarzem Wipler ma dla swoich wyborców garść porad, które mają im pomóc zostawić jak najwięcej pieniędzy w kieszeniach. Będzie się nimi dzielił na spotkaniach, które będzie organizował dla swoich wyborców (jest posłem z Warszawy). – Najprostszy sposób to założenie jednoosobowej firmy na Wyspach Brytyjskich. To najlepszy sposób dla ludzi o niewielkich dochodach – przekonuje Wipler.

I rzeczywiście formalności są symboliczne: urzędnik zada kilka pytań, wszystko można załatwić przez telefon i podać brytyjski adres, na który będzie trafiała korespondencja. I fakt, że nigdy nie byliśmy w Wielkiej Brytanii nie jest przeszkodą, bo nasi przedsiębiorczy rodacy oferują usługę użyczenia adresu. To koszt od kilkudziesięciu do ponad stu funtów rocznie. Ale możliwe, że unikniemy i tych kosztów, bo dzisiaj chyba nie ma Polaka bez znajomych lub rodziny w Anglii.

– Innymi, coraz popularniejszymi rozwiązaniami jest zakładanie spółek w Wielkiej Brytanii i zatrudnianie się tam na stanowisku w radzie dyrektorów – podpowiada Ewelina Nowakowska, partner w HLB M2 Audyt, ekspert prawa podatkowego. – To również umożliwia na zmniejszenie obciążenia składkami na ubezpieczenie społeczne i wysokości odprowadzanego podatku dochodowego – dodaje.

Zaleca jednak, żeby nie walczyć z polskim systemem podatkowym na własną rękę. – Należy pamiętać, że w każdym przypadku optymalizacja polskich zobowiązań wymaga sporej wiedzy i wcześniejszej analizy ewentualnych ryzyk do jakich często prowadzą nieprzemyślane rozwiązania – przestrzega.

Emigracja nie jest jedynym rozwiązaniem. – Niekiedy oszczędności można znaleźć już w odpowiednim stosowaniu polskiego prawa podatkowego, po gruntownej analizie działalności danego przedsiębiorcy i odpowiednim dostosowaniu rozwiązań do danego profilu działalności – podpowiada Ewelina Nowakowska. Ale wtedy trzeba się liczyć z wydatkami. Tymczasem założenie firmy w Wielkiej Brytanii raczej nie wymaga pomocy innych.

Dzięki temu zamiast niemal tysiąca złotych miesięcznie w Polsce, będziemy mogli oddawać na składki niecałe 60 złotych. Warunek jest jeden – nasze dochody nie mogą w ciągu roku przekroczyć 5 885 funtów (dzisiaj to równowartość 29,5 tys. zł, czyli ok. 2,4 tys. zł miesięcznie). Powyżej tej kwoty jesteśmy zobowiązani odprowadzać składkę w wysokości 9 proc. zarobków.

Poza oszczędnościami na ubezpieczeniu społecznym, tak można zagrać podatkami, że niemal nie będziemy ich płacili. Na podobnej zasadzie i z podobnych powodów Polacy otwierają firmy na Słowacji, Litwie, Szwecji i kilku innych krajach.

Proceder na masową skalę zaczął się w marcu 2012 roku, bo wtedy zlikwidowano możliwość niepłacenia składek przez osoby wykonujące pracę chałupniczą. Ziemią obiecaną jest też Estonia, gdzie przedsiębiorcy nie muszą płacić podatku dochodowego, jeśli wykażą, że zainwestowali zyski w rozwój firmy. To duże pole do kreatywności, a jej Polakom nie można odmówić.

Ci, którzy przekroczą tę granicę będą musieli zainwestować nieco i skorzystać z pomocy firm zajmujących się optymalizacją podatkową. Ich szefowie nie powinni się więc martwić o dochody po tym, kiedy rząd zdejmie z obywateli obowiązek wypełniania PIT-ów. Wręcz przeciwnie – będą mieli pełne ręce roboty i pełne kieszenie. W przeciwieństwie do budżetu.
 

natemat.pl/thefad.pl